Peskadory
20 06 2007Przyjaciele postanowili wyrwać się na kilka dni. Cel: bliskie nam Peskadory. Wyspy rybaków. Wyrwałam się z wiru pracy i wpadłam na ocean spokoju, sielskiego spokoju błekitnej wody i zielonych pól.
Jednego dnia wskoczyliśmy do wody i trudno nam było z niej wyjść. Najzwyczajniej chodziliśmy zanurzeni po szyje. Wszyscy przemęczeni, ale szczęśliwi, że udało nam się wyrwać z codzienności.
Wypożyczyliśmy skutery i zjeździliśmy główną wyspę. Na kolejne dwie wyspy udaliśmy się łódkami. Peskadory są zupełnie zapomniane przez turystów. Czuliśmy się, jak odkrywcy opuszczonych wiosek. Zwiedziliśmy kilka z 90 wysp archipelagu. Przybyliśmy tam w sezonie, gdy najwięcej ludzi odwiedza archipelag. Oprócz trudności ze znalezieniem motorów, żadnych innych śladów po turystach nie znaleźliśmy.
W stolicy Magong jest oczywiście MacDonald, a poza tym kilka tubylczych restauracyjek i dwa puby. Nie należy oczekiwać niezapomnianych przeżyć kulinarnych, pod tym względem wyspy są bardzo słabo rozwinięte. W poszczególnych miasteczkach zazwyczaj są: jedna, dwie restauracje, port rybacki, świątynia i cmentarz.
Pewnego wieczoru wyruszyliśmy na motorach w poszukiwaniu nowych atrakcji miasteczka, w którym właśnie nocowaliśmy. Nasza podróż w ciemnościach skończyła się, gdy ujrzeliśmy tuż przed nami pięć samotnych motorów. Nastrój był rodem z prawdziwego dreszczowca. Właśnie minęliśmy kilka nagrobków, a dookoła nie było nic. Jedynie pola i jakieś małe ptaki, które co trochę przelatywały tuż przed światłami motorów. Gdy stanęliśmy przed pięcioma jednośladowymi pojazdami, bez namysłu zawróciliśmy i szczęśliwie powróciliśmy na oświetloną drogę.
Drogi łączące poszczególne miejscowości to po prostu czteropasmowe autostrady. Darmowe autostrady.
Podróż była krótka, zaledwie kilka dni. Nauczyłam się wiele. Nie tylko jeździć na motorze. ![]()





komentarze