Przyjaciele postanowili wyrwać się na kilka dni. Cel: bliskie nam Peskadory. Wyspy rybaków. Wyrwałam się z wiru pracy i wpadłam na ocean spokoju, sielskiego spokoju błekitnej wody i zielonych pól.
Jednego dnia wskoczyliśmy do wody i trudno nam było z niej wyjść. Najzwyczajniej chodziliśmy zanurzeni po szyje. Wszyscy przemęczeni, ale szczęśliwi, że udało nam się wyrwać z codzienności.
Wypożyczyliśmy skutery i zjeździliśmy główną wyspę. Na kolejne dwie wyspy udaliśmy się łódkami. Peskadory są zupełnie zapomniane przez turystów. Czuliśmy się, jak odkrywcy opuszczonych wiosek. Zwiedziliśmy kilka z 90 wysp archipelagu. Przybyliśmy tam w sezonie, gdy najwięcej ludzi odwiedza archipelag. Oprócz trudności ze znalezieniem motorów, żadnych innych śladów po turystach nie znaleźliśmy.
W stolicy Magong jest oczywiście MacDonald, a poza tym kilka tubylczych restauracyjek i dwa puby. Nie należy oczekiwać niezapomnianych przeżyć kulinarnych, pod tym względem wyspy są bardzo słabo rozwinięte. W poszczególnych miasteczkach zazwyczaj są: jedna, dwie restauracje, port rybacki, świątynia i cmentarz.
Pewnego wieczoru wyruszyliśmy na motorach w poszukiwaniu nowych atrakcji miasteczka, w którym właśnie nocowaliśmy. Nasza podróż w ciemnościach skończyła się, gdy ujrzeliśmy tuż przed nami pięć samotnych motorów. Nastrój był rodem z prawdziwego dreszczowca. Właśnie minęliśmy kilka nagrobków, a dookoła nie było nic. Jedynie pola i jakieś małe ptaki, które co trochę przelatywały tuż przed światłami motorów. Gdy stanęliśmy przed pięcioma jednośladowymi pojazdami, bez namysłu zawróciliśmy i szczęśliwie powróciliśmy na oświetloną drogę.
Drogi łączące poszczególne miejscowości to po prostu czteropasmowe autostrady. Darmowe autostrady.
Podróż była krótka, zaledwie kilka dni. Nauczyłam się wiele. Nie tylko jeździć na motorze.






komentarze