co ja tutaj robię?
13 06 2007przez ostatnie dwa tygodnie widziałam się z moimi znajomymi RAZ. najczęściej widuję stróża, który siedzi w swej budce przy wejściu do budynku. Trzech stróży pracuje na trzy zmiany. A ja widuję dwóch. Jednego o 12 w południe, a drugiego o 12 w nocy. pomiędzy tymi godzinami jestem tylko ja i mój komputer. czasem zaglądnę do żółwia, aby zupełnie nie stracić kontaktu z istotą żywą.
dlaczego wychodzę z domu, aż dwa razy dziennie? bo muszę coś jeść. gdyby nie ta feralna potrzeba, prawdopodobnie energię do życia czerpałabym ze światła monitora.
jeszcze 11 dni takiej pracy. z małą wielce nieracjonalną przerwą kilkudniową w trakcie. właśnie dałam się skusić na wyjazd. zbliża się święto smoczych łodzi, czyli moi nie-doktoranci przyjaciele mają wolne! niezwykle zdziwieni pytają, czy na uczelni pracuje się w święta…cóż ja na to mam odpowiedzieć? na uczelni pracuje się całą dobę, cały rok. z pracą naukowca jest tak, że nie musisz iść do określonego miejsca, aby móc wykonywać swoje zadania. czasem wystarczy papier i ołówek. nic więcej, albo nawet mniej.
ma to swoje niezaprzeczalne zalety i kilka poważnych wad. do tej pory alienowałam się od znajomych doktorantów, ale powoli zaczynam ich doceniać, bo nie muszę im tłumaczyć, na czym polega moja praca, dlaczego ciągle jestem zajęta, chociaż danego dnia nie mam wykładów.
znajomi doktoranci mają jednak wielką wadę (ufam, że ta wada jest tubylcza i nie dotyczy innych kręgów kulturowych). dziś o 6:55 rano dostałam wiadomość tekstową, zwaną esemesem od koleżanki doktorantki S.
S. pisze: dzień dobry! czy możesz wydrukować dokument dla P. , dać mu do podpisania, następnie dokument przekazać F.? Wiesz, jaki jest P., on tego dobrze nie wydrukuje i zapomni podpisać.
Moja odpowiedź: ok
7:10 S. pisze: miłego poranka.
od 9:00 do 13:00 byłam na wykładzie, który skończył się później, przez co się spóźniłam na popołudniowy wykład w drugiej części miasta. kończy się semestr, a z tym związane są różne prace. jak na przykład kończenie analizy statystycznej eksperymentów, pisanie artykułów, i.t.p.
oczywiście wszystko jest na ostatnią chwilę, czego chyba nie muszę tłumaczyć.
16:00 (w trakcie wykładu) S. wysyła kolejną wiadomość: czy dokument jest gotowy?
odpisuję: nie. będzie po 17.
16:10 S. pisze: czy mogę teraz odebrać dokument?
odpisuję: nie. mamy wykład. dokument dostanie F.
16:15 S. pisze: nie zapomnij.
19:00 dzwonię do S. i pytam: czy wszystko jest w porządku?
spałam dziś 5 godzin. brak mi nastroju na ich ścigania. oni tu wszyscy nawzajem się ścigają.




Wyluzuj. To nie Oni i nie Tam, tylko jestes przemeczona.TU jest tez sciganie!
na polskiej uczelni nikt mnie nie gonił. nikt mi esemesów o 6:55 nie wysyłał i nie powtarzał kilka razy, że mam wydrukować jedną kartkę. poza tym na polskiej uczelni nie proszonoby mnie o drukowanie kartki dla kogoś. poproszonoby osobę której dotyczy ta kartka.
takie załatwianie przez trzecie osoby spotyka mnie tylko tu. czasem jest to frustrujące.
nie twierdzę, że w kraju nikt nikogo nie ściga. mnie nie ścigano. stąd zauważam różnicę. o formie presji na azjatyckiej uczelni poświęcę osobny wpis. może wtedy będzie łatwiej porównać.
Naucz sie odmawiac.Sciskam goraco.